Zgodnie z Waszymi propozycjami napisałam już drugi list do dziecka, tym razem bardziej stanowczy, a Jędruś nasz starszy synek, wykonał rysunek malucha w brzuchu z pępowiną.
W piątek na KTG zapisały się 3 skurcze, a w sobotę już ani jeden. Wieczorem wzięłam sprawę we własne ręce i zaczęłam chodzić po schodach. Mieszkamy na trzecim piętrze, więc mogłam udawać, że schodzę po coś do piwnicy. Zaczęły się bezbolesne skurcze, co 10 minut, ale jeszcze nie miałam gwarancji, że to naprawdę poród.
Wydałam jednak Grześkowi dyspozycje dotyczące sprzątania, sama przebrałam się, zapaliłam świece, włączyłam muzykę. Byłam naładowana energią i determinacją pt. dziś albo nigdy. I ta postawa była chyba tym, o czym mówiła Wanda na ostatnich zajęciach szkoły rodzenia. „Czegoś jeszcze potrzebujesz, żeby urodzić". Dzięki Ci Wando za te słowa, bo od tego momentu szukałam w sobie tego, czego mogło mi brakować. W końcu przyszła ta intuicja, może podesłana przez Anioła, dzięki której miałam okazać się osobą zdecydowaną i stanowczą. Rzeczywiście, akurat tych cech brakuje mi na co dzień.
Dalej akcja potoczyła się już bardzo szybko. Za chwilę skurcze były bardzo odczuwalne, co 3-5 minut. Około pierwszej w nocy zadzwoniliśmy po Irenę. Przyjechała w ciągu godziny, a ja byłam już bliska drugiego okresu porodu. Najchętniej pozostawałam na czworakach, trudno mi było się wyprostować. Grzesiek zauważył, że jestem za mało w pionie, a Irena potwierdziła. Poprosili mnie o wstanie. Myślałam , że nie dam rady, ale gdy jednak podniosłam się poczułam się lepiej. Grzesiek masował mi przy każdym skurczu dół pleców, co przynosiło dużą ulgę. Przy parciu Grzesiek podtrzymywał mnie stojąc od tyłu. Jednak dla mnie stanie było za trudne. Usiadł, więc na krześle, a ja zwieszałam się między jego nogami w kucki. Urodziłam wreszcie w przyklęku na jedno kolano. Przed trzecią przyszedł na świat Grześ. Cudna to była chwila – ulga od bólu, spełnienie, pełnia ziemskiej radości, jedność w naszej rodzinie... Ewa ... Grzegorz ... i Grześ ...



